Spojrzenie w głąb oceanu: nadmierne połowy, łaty śmieciowe, tankowce i nadkonsumpcja

Artykuł w PDF » kliknij w link, aby pobrać dokument

 

Oceany pokrywają ponad ¾ powierzchni Ziemi, a zamieszkuje je 80% wszystkich istot żywych, wiele jeszcze nierozpoznanych. Miliony ludzi są zależne od oceanów, ponieważ pozyskują z nich pokarm i środki do życia. Dla miliarda ludzi ryby są podstawowym źródłem białka. Niestety, życie oceaniczne jest zagrożone ze względu na tak różnorodne zjawiska jak nadmierne eksploatowanie łowisk rybnych, powstawanie plam z plastikowych śmieci oraz niszczące konsekwencje wycieku ropy naftowej. W tle tych zjawisk pojawia się zazwyczaj brak efektywnego globalnego i lokalnego zarządzania oraz przeciwdziałania negatywnym zjawiskom, a także problem nadmiernej konsumpcji.

Łowiska się kończą

Akwakultura jest najszybciej rozwijającym się sektorem gospodarki żywnościowej, światowe dostawy ryb rosły w latach 1970-2008 w tempie 6,6 % rocznie. Oznacza to, że co 15 lat dochodziło do podwojenia liczby łowionych ryb, a w roku 2000 łowiono 3 razy więcej ryb niż w 1970. Problem nadmiernego połowu ryb (overfishing) polega na tym, że stale łowi się więcej ryb niż dane łowisko jest w stanie dostarczyć. W 1900 roku oceany zamieszkiwało 6-krotnie więcej ryb niż w 2009 roku (www.overfishing.org). 90% oceanicznych łowisk dużych drapieżnych ryb, takich jak tuńczyk czy dorsz, z początku XX wieku zostało całkowicie wyłowionych. Według wyliczeń naukowców z FAO, pomimo iż rybacy dysponują obecnie dużo lepszy sprzętem, złowienie tony większości gatunków ryb północnoatlantyckich pochłania im więcej czasu niż zajmowało ich pradziadom sto lat temu.

Jednocześnie same metody połowu prowadzą do bulwersującego marnotrawstwa. W samym Morzu Północnym 50% złowionych ryb wrzuca się z powrotem do wody martwych, wynika to głównie z wymogów prawa unijnego – wspólnej polityki w zakresie rybołówstwa (http://www.fishfight.net/the-campaign/). Stosowane sieci wyławiają wiele gatunków ryb, a rybacy mają prawo do połowu tylko określonych gatunków. Marnotrawstwo obejmuje ponad milion ton jadalnych ryb rocznie, część z nich wyszła z kulinarnej mody, a część musi być wyrzucona do morza ze względu na przekroczenie kwot połowowych (dlatego wśród wrzucanych do morza martwych ryb można znaleźć zagrożonego wyginięciem, chronionego dorsza atlantyckiego). Same tylko szkockie statki w 2009 roku wyrzuciły do wody 28,000 ton ryb, ¼ rocznych połowów ryb z rodziny dorszowatych, wartych 33 miliony funtów.

Angielski dziennikarz Hugh Fearnley-Whittingstall rozpoczął europejską kampanię na rzecz zmiany unijnej polityki, tak, aby przeciwdziałać marnotrawstwu ryb. Niestety rozwiązanie problemu nie jest proste, bo kwoty rybne są jak dotąd najlepszym znanym instrumentem zapobiegania niekontrolowanym połowom. Eksperci przyznają, że aby zlikwidować marnotrawstwo potrzeba kombinacji różnych pomysłów i strategii politycznych. Kampania nie proponuje gotowego rozwiązania, lecz ponad 700 tyś. głosów obywateli państw Unii ma na celu skłonienie polityków do tego, by marnotrawienie, czyli „usuwanie” ryb, było głównym problemem branym pod uwagę przy reformie polityki w zakresie rybołówstwa (podpisy można składać tu: http://www.rybazaburta.pl/).

Tragedia dóbr wspólnych

W przypadku oceanicznych łowisk możemy zaobserwować fenomen tragedii dóbr wspólnych, określany w języku angielskim terminem Tragedy of commons. Zjawisko to zaobserwował po raz pierwszy biolog Garett Hardin, w 1968 roku użył tego pojęcia w artykule opublikowanym w czasopiśmie Science. To, co rozsądne z perspektywy wąsko pojętego indywidualnego interesu prowadzi do zbiorowej tragedii. Pasterzom opłaca się mieć jak najwięcej krów i wypasać je na publicznych łąkach, ale gdy każdy będzie zwiększał swoje stada, szata roślinna zostanie całkiem skonsumowana i nie zdąży się zregenerować. Korzyści z każdej dodatkowej krowy są bowiem indywidualne, a straty związane z dodatkowym obciążeniem pastwiska są pokrywane wspólnie.

Amerykanka Elenor Olstrom, dostała w 2009 roku ekonomicznego Nobla za badanie problemu commons i eksternalizacji kosztów. W werdykcie Akademii Noblowskiej nagrodę przyznano jej za „pokazanie jak wspólne zasoby – lasy, łowiska, pola naftowe i pastwiska mogą być skutecznie zarządzane przez ich użytkowników, a nie przez rządy lub prywatne firmy”. W odróżnieniu od Hardina, który nadzieję upatrywał w rozwiązaniach globalnych i ponadnarodowych, Olstrom nacisk kładła na to, że lokalne społeczności są w stanie same zadbać o wspólne zasoby. Proponowała uczestnictwo wszystkich interesariuszy w zarządzaniu zasobami naturalnymi, w tym wypadku wodami, tak, by interesy wielkiego biznesu były równoważone interesami lokalnej społeczności. Niebezpieczeństwo widziała w pozbawieniu lokalnej społeczności władzy nad zasobami, co jej zdaniem znacząco oddalało znalezienie rozwiązania problemu.

A ropa cieknie...

13 listopada 2002 roku nastąpił wyciek z jednego z 12 pojemników z ropą tankowca Prestige. Statek był obsługiwany przez grecką załogę, lecz aby ominąć podatki zarejestrowany pod banderą Bahamów, a oficjalnie należał do przedsiębiorstwa z Liberii. Statek znajdował się na Atlantyku blisko hiszpańskiego wybrzeża i wiózł na pokładzie 77 tys. metrów sześciennych dwóch rodzajów ciężkiego paliwa. Obawiając się zatonięcia statku, kapitan poprosił o pomoc hiszpańskie władze. Te jednak obawiały się katastrofy u ich wybrzeża i odmówiły kapitanowi prawa do cumowania, domagając się oddalenia się od wybrzeża i skierowania na północny zachód. Władze Francji z kolei zmusiły go do kolejnej zmiany kursu, tak, aby nie zaszkodzić południowemu wybrzeżu i udania się w kierunku Portugalii. Obawiając się o własne wybrzeże, władze Portugalii zarządziły, iż ich marynarka ma przejąć statek i nie dopuścić by zbliżył się do ich granic. Stan statku, który nie mógł zacumować w żadnym z sąsiadujących krajów, uległ gwałtownemu pogorszeniu. Tankowiec zatonął 19 listopada dosłownie rozpadając się na pół i uwalniając 76 tys. m3 paliwa prosto do morza u wybrzeża hiszpańskiego regionu - Galicji. W ten sposób doszło do jednej z największych katastrof ekologicznych w historii Europy. Z 1064 plaż północnego, atlantyckiego wybrzeża Hiszpanii aż 629 było przynajmniej częściowo dotkniętych wyciekami ropy (http://elpais.com/elpais/2003/01/13/actualidad/1042449421_850215.html). Wycieki zniszczyły turystykę w regionie Galicji, na sześć miesięcy rząd zawiesił rybołówstwo w strefie przybrzeżnej. Nieodwracalnych szkód doznała rafa koralowa, a także wiele gatunków ryb i ptaków. Koszty finansowe usuwania szkód katastrofy poniesione przez hiszpański rząd i społeczeństwo szacuje się na 3 miliardy euro. Pozostałości ropy zdrapywało z kamieni plaż tysiące wolontariuszy, kilkuset z nich nabawiło się chronicznych problemów z oddychaniem, łącznie ze zmianami na poziomie chromosomów (http://www.elmundo.es/elmundosalud/2010/08/23/noticias/1282581750.html). Rząd Hiszpanii wytoczył sprawę przed sądem amerykańskiej firmie American Bureau of Shipping, która uznała Prestige za statek nadający się do transportu, pomimo iż jego wady konstrukcyjne stwierdzono już w 1996 roku (http://elpais.com/diario/2008/06/09/espana/1212962412_850215.html). Nie udało mu się jednak osiągnąć celu ze względu na nieratyfikowanie przez USA istotnych konwencji międzynarodowych i zawiłą sytuację prawną statku. Katastrofa ta unaoczniła problem braku społecznej odpowiedzialności dużego biznesu i eksternalizacji kosztów katastrof, gdyż koszt usuwania ich konsekwencji, w postaci utraconych wpływów z turystyki czy rybołówstwa, poniosło cało społeczeństwo.

W 2010 roku doszło do wycieku z platformy firmy BP Deewater Horizon u wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, który był największą jak dotąd tego typu katastrofą, w której wyciekło 780 tys. m3 ropy czyli 10-krotnie więcej niż z tankowca Prestige (http://en.wikipedia.org/wiki/Deepwater_Horizon_oil_spill), prowadząc do skażenia obszaru sięgającego 180 tys. km2. Katastrofa doprowadziła do śmierci ogromnej ilości wielorybów, delfinów i upadku miejscowego rybołówstwa. Podobnie jak w wypadku Prestige i tym razem nie był to zwykły nieszczęśliwy wypadek. W styczniu 2011 roku specjalna komisja Białego Domu wydała raport na temat wycieku, w którym pokazano wiele niedopatrzeń w zakresie bezpieczeństwa wydobycia spowodowanych przez BP i współpracujące z nią przy wydobyciu firmy, Halliburton i Transocean. Wykazano winę BP i jego partnerów, na przykład w wypadku cięć kosztów zwiększających jednocześnie ryzyko katastrofy. We wnioskach członkowie komisji stwierdzili, że „źródłowe przyczyny mają charakter systemowy i wynikają z braku znaczących reform tak w z zakresie działalności przemysłu, jak i praktyk rządów, które mogą prowadzić do kolejnych katastrof”. Firma BP utworzyła opiewający na 20 miliardów dolarów fundusz rekompensat dla ofiar katastrofy, do którego zdążyło spłynąć blisko milion wniosków o wypłaty.

Oceaniczne „łaty” plastiku

W 1997 roku kapitan Charles Moore wracał z zawodów żeglarskich z pacyficznej trasy Los Angeles-Hawaje, gdy niespodziewanie napotkał olbrzymią plamę śmieci płynących w wirze północnoatlantyckim (jeden z pięciu wielkich oceanicznych wirów, angielski gyre). Moore zaskoczony niezwykle skoncentrowaną ilością śmieci zaalarmował media i społeczność naukową. „Gdy patrzyłem z pokładu na powierzchnię czegoś, co powinno być dziewiczym oceanem - pisał w magazynie Natural History- aż po horyzont mego wzroku dostrzegłem plastik. Wydawało mi się to niewiarygodnym, ale nie znalazłem nawet czystego punktu. Przez cały tydzień żeglowania, o każdej porze dnia widziałem płynące plastikowe szczątki: butelki, nakrętki, opakowania, strzępki”. Zaprzyjaźniony z Moorem oceanograf nazwał to odkrycie mianem „Wielkiej Pacyficznej Łaty Śmieci” (Great Pacific Garbage Patch), choć Moore sugerował nazwę „superautostrady śmieci”. Pomimo olbrzymiej gęstości i szerokości, „łata” nie jest widoczna ze zdjęć satelitarnych. Zawiera najwięcej śmieci w górnej warstwie wody, często jest to plastik, który uległ degradacji do drobnych polimerów. Badania przeprowadzone w 1999 roku zaszokowały biologów morskich, proporcje plastiku do naturalnego planktonu wynosiły 5:1. Szacunki powierzchni plamy wahają się od 700,000 tysięcy km2 (ponad dwukrotna wielkość powierzchni Polski) aż do 15 milionów km2 (dwukrotność powierzchni USA). Jeżeli chodzi o pochodzenie śmieci trudno jest je dokładnie ustalić. Pewne szacunki zakładają, że około 80% śmieci pochodzi z lądu, a 20% ze statków. Prądy morskie przenoszą śmieci z zamieszkałych przez ludzi wybrzeży, przetransportowanie odpadów z zachodniego wybrzeża USA zajmuje im około 6 lat, podczas gdy z Azji Wschodniej jedynie rok (http://en.wikipedia.org/wiki/Great_Pacific_Garbage_Patch). Niestrawne elementy plastikowe, blokują układ pokarmowy, powodując śmierć zwierząt morskich, w tym ponad miliona ptaków i bez mała 100 000 ssaków rocznie (Andrzej Hołdys, Na własnych śmieciach, „Wiedza i Życie”, 5, s. 22–25, maj 2008).

Kurs na rozwiązania

Kwestia życia oceanicznego i zagrożeń dla tutejszych ekosystemów jest wysoce złożona i jedynie w tym krótkim tekście wspominałem o kilku tematach, które można by było rozwinąć. W tekście nie uwzględniłem bardzo ważnego tematu wpływu zmian klimatycznych na oceany, który wymagałby osobnego tekstu. Tutaj ograniczę się do wspomnienia, że według szacunku naukowców 80-90% wytwarzanego ciepła pochłaniają oceany, co prowadzi do fizycznej ekspansji wód, których poziom 100 lat temu podnosił się o 1 milimetr rocznie, a obecnie podnosi się o 3 milimetry (http://www.time.com/time/health/article/0,8599,1990544,00.html). Naukowcy zajmują się dyskusją wokół przewidywalnych konsekwencji tego zjawiska, które dodatkowo zmienia działanie oceanicznych ekosystemów, ale zwiększenie zagrożenia powodziowego samo się nasuwa. Poruszam tematy, w których fenomeny przyrodnicze przeplatają się ze zjawiskami politycznymi, takimi jak kwestia, kto jest sprawcą danych nieszczęść, a kto ponosi koszty usuwania szkód. Pewnymi rozwiązaniami może być większa i bardziej solidarna współpraca międzynarodowa w sytuacji zagrożeń, takich jak wycieki ropy, nadanie problemom ekologicznym i klimatycznym większej wagi. Konsumenci mogą też naciskać na duże firmy wydobywcze, aby ich polityka społecznej odpowiedzialności wiązała się z najwyższymi gwarancjami bezpieczeństwa wydobycia, a nie służyła jedynie marketingowi zamydlającemu cały obraz sytuacji (tzw. Greenwash, czyli ubieranie się w zielone szaty nieodpowiedzialnych ekologicznie koncernów). W Wielkiej Brytanii i USA działają organizacje obywatelskie monitorujące działalność korporacji zajmujących się wydobyciem paliw kopalnych czy innymi toksycznymi biznesami i upubliczniające szczególnie drastyczne przykłady zaniedbań (http://www.corporatewatch.org, http://www.corporatewatch.org). Również w naszych codziennych wyborach możemy kierować się kwestiami etycznymi, na przykład zapoznać się z bezpłatnym poradnikiem WWF dotyczącym zagrożonych gatunków ryb (http://www.wwfpl.panda.org/fakty_ciekawostki/biblioteka/?uNewsID=5320). Okazuje się, że łosoś bałtycki, halibut atlantycki, sola czy tuńczyk błekitnopłetwy są zagrożone wyginięciem, podczas gdy jest wiele gatunków ryb, które mogą bezpiecznie trafić na nasz stół. W Wielkiej Brytanii fundacja Sea Watch prowadzi program adopcji delfinów, w ramach którego zarówno indywidualne osoby jak i szkolne klasy mogą wspierać konkretnego delfina (http://www.adoptadolphin.org.uk/). Okazuje się, że delfiny - poza tym, że padają ofiarą polowań, niepotrzebnie giną ze względu na stosowane sieci rybackie, obecność toksycznych substancji w wodach, jak i hałas łodzi spalinowych oraz nart wodnych, którego się boją. Przez sympatyczny i poruszający przykład delfina można na lekcjach pokazać wiele ważnych z punktu widzenia ekologicznego zjawisk (nadmierną konsumpcję, brak standardów w rybołówstwie, problem wycieków ropy i łat śmieciowych itp.).

 

Autor: Piotr Bielski

 

Załączone dokumenty: 
  1. 1. Oceany.pdf (113KB)